„Zła siostra”. Depresja

Bliskie kontakty najwyższego stopnia miał z nią jeden z najwybitniejszych aktorów XX wieku sir Anthony Hopkins. Tom Hanks w słynnym wyciskaczu łez „Bezsenność w Seattle”, tygodniami nie mogąc spać, również wykazywał pierwsze symptomy zażyłości z nią. A lista osób, którym nieobca jest ta dolegliwość, jest dłuższa niż ktokolwiek z nas przypuszcza. Depresja – wciąż wstydliwa, a przecież jedna z najgroźniejszych chorób cywilizacyjnych współczesnego świata, wciąż zbiera swoje żniwo. Według  Światowej Organizacji Zdrowia WHO, do 2020 roku będzie drugą, po niewydolności krążenia, najczęściej diagnozowaną chorobą na świecie. Według danych WHO zaburzenia psychiczne bezpośrednio dotykają obecnie na świecie 121 mln ludzi, a w Polsce liczbę tę szacuje się na 1,2-1,5 mln 23. lutego  po raz szósty w Polsce obchodzony jest  Dzień Walki z Depresją. W tym roku hasło kampanii informacyjnej brzmi  „Dialog  w chorobie”.

Już dziś w 2011 roku depresja stanowi czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny na świecie. Jej „wpływy” rosną w zastraszającym tempie – już  jest najczęściej występująca chorobą psychiczną. 

Wg WHO roczna zachorowalność wśród dorosłych wynosi 6-12 proc. a wśród osób starszych sięga nawet 15 proc.  Nawet  30 proc. osób z tej grupy umiera w wyniku samobójstwa spowodowanego nieporadzeniem sobie z chorobą. Ten  wciąż wstydliwy dla wielu ludzi problem  dotyczy także coraz częściej młodzieży i dzieci. Najbardziej zagrożoną grupą są kobiety. Chorują 2-3 razy częściej niż mężczyźni. Wg angielskich badaczy G. W. Browna i T.O Harrisa, 60 proc. kobiet cierpiących z powodu depresji doświadczyło silnego nagłego zdarzenia stresogennego na pół roku przez zachorowaniem.

Jestem na lekach od sześciu lat. Zaczęło się niewinnie od uczucia zmęczenia w pracy i rozpadu mojego małżeństwa. Nie wiedziałam wówczas jeszcze, że to jest depresja. Wysłano mnie w podróż służbową za granicę, a ja zamiast pracować, utknęłam w hotelowym łóżku. Nie jadłam, nie piłam, nie mogłam się ruszać – jakbym odrętwiała. Każda rozmowa kończyła się kilkugodzinnym płaczem bez powodu. Do wizyty u lekarza zmusił mnie kolega z pracy który  też miał w rodzinie przypadek depresji i już potrafił ją rozpoznać. Od tamtej pory trzy razy zmieniłam lekarza, trzy razy zmieniano mi leki. Aż w końcu trafiłam na właściwe. Medycy twierdzą, że będę musiała brać leki do końca życia. Dzięki nim jednak dziś mogę już w miarę normalnie funkcjonować. Wiem kiedy  zbliża się kryzys i potrafię właściwie na niego zareagować. To było sześć strasznych lat. Ktoś, kto nie choruje na depresję, nie potrafi sobie tego wyobrazićopowiada Agnieszka, dziennikarka z Gdańska.

Każdy lekarz, ale także każdy z nas obserwując najbliższych, przyjaciół, znajomych powinien zwracać uwagę na takie objawy, jak smutek, przygnębienie, lęki, brak woli wykonywania najprostszych prac, niechęć do wyjścia z domu, zaniedbywanie pracy, dzieci, kontaktów z innymi ludźmi, bezsenność. O depresji może świadczyć występowanie kilku tego typu objawów na raz. Często tym zachowaniom towarzyszą bóle głowy i kręgosłupa, ucisk w klatce piersiowej, suchość w ustach, nagłe chudnięcie lub tycie, problemy z libido.

Z badań przeprowadzonych w kilku krajach europejskich wynika, że  69 proc. osób z depresją właśnie z powodów objawów towarzyszących depresji  zdecydowało  się na wizytę u lekarza.  Od tego momentu to od kompetencji lekarza zależy, czy dostatecznie szybko zastosuje odpowiednią  farmakoterapię – uważa Iwona Siemaszko-Kowzan, konsultant w zespole ds. walki z depresją  firmy Sandoz. – Właściwy moment podania właściwego leku, może skrócić okres leczenia pacjenta.  Występowanie dolegliwości somatycznych, zwanych maskami depresji sprawia, że nawet 30 proc. chorych czeka 5 lat na postawienie prawidłowej diagnozy i rozpoczęcie stosownego leczenia.  Pierwszym lekiem w historii, który okazał się skuteczny w walce z depresją była imipramina. Do dziś jest bardzo ceniona przez specjalistów.  Ale mamy już  kolejne  generacje leków przeciwdepresyjnych równie skutecznych co te stare, lecz powodujących  znacząco mniej objawów niepożądanych. Współczesne leki są dobrze  tolerowane  przez pacjentów i co należy podkreślić, nie uzależniają.

Problem ze zdiagnozowaniem depresji to zdaniem specjalistów między innymi  brak wiedzy i asekuracyjne wrzucanie objawów depresji do „worka zaburzeń lękowo-depresyjnych”. Tam właśnie trafiają diagnozy lekarzy, którzy nie do końca potrafią zdecydować się, z czym mają do czynienia.  Zwłaszcza gdy depresja silnie łączy się z odczuciem leku u pacjenta.

– Z jednej strony lęk utrudnia terapię, z drugiej jednak – często stanowi najsilniejszą motywacją do szukania specjalistycznej pomocy.  Oczywiście leczenie wyłącznie lęku, czego chorzy  oczekują  najbardziej, jest tylko „plastrem” na ranę. Niestety pacjenci  przyjmujący leki przeciwdepresyjne  często samowolnie je odstawiaj. Dlaczego? Ponieważ w początkowej fazie leki te wzmagają uczucie leku. Dlatego tak ważne jest, aby chory został poinformowany przez lekarza o przebiegu leczenia, o  tym czego może się spodziewać w każdej jego fazie. Powinien wiedzieć, że apogeum występującego u niego lęku przypada zwykle na końcowy etap, po którym chory zaczyna odczuwać działanie przeciwdepresyjne przyjmowanych leków a objawy choroby ustępują. Współczesna farmakologia dysponuje takimi związkami aktywnymi, które nie tylko precyzyjnie działają, ale też dają możliwość dostosowania ich do fizjologii pacjenta – tłumaczy Iwona Siemaszko-Kowzan, ekspert firmy Sandoz.  Ale do tego potrzebna jest obustronna współpraca między lekarzem a pacjentem.

Dlaczego depresja,  którą przecież nie można się zarazić  w tramwaju jak grypą,  rozprzestrzenia się w takim tempie?  Po pierwsze, depresja to „choroba emocji” a nie intelektu, zatem w powszechnym pojęciu uczucie  które skoro samo przyszło, samo tez powinno odejść. Niestety często choroba ta maskowana jest przez np.  nadużywanie  alkoholu, napady złości, histerie, zachowania hipochondryczne oraz wszelkiego rodzaju fobie i lęki, co utrudnia jej zdiagnozowanie.   Po drugie, to choroba towarzysząca wielu innym chorobom i urazom, „zła siostra” wielu chorób! Może być obrazem klinicznym choroby np. w niedoczynności tarczycy, wyrazem zaburzonej adaptacji do choroby, jak i schorzeniem powiązanym patofizjologicznie np. w chorobie niedokrwiennej serca.

Zdaniem dr Łukasza Święcickiego z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, depresja  „to domena neurologów. Częstość występowania depresji po udarze mózgu wynosi 20-40 proc. I nie jest ona następstwem upośledzenia sprawności. Wręcz przeciwnie, pacjent cierpi na depresję pomimo skutecznej rehabilitacji względnie małych ubytków neurologicznych. Depresja ta wynika z  zaburzeń  regulacji nastroju spowodowanych uszkodzeniem mózgu. Inną chorobą, przy której  może pojawić się depresja, jest cukrzyca. Naukowcy dopatrują się w tym przypadku podłoża autoimmunologicznego. Trzeba pamiętać, że depresja jest chorobą wywodzącą się z mózgu, ale dotyczy całego organizmu’’.  Częstość występowania depresji w związku z choroba somatyczną: 20-45 proc. nowotwory, 26-34 proc. udar mózgu, 33-35 proc. ból przewlekły, 15-33 proc. zawał serca, 40 proc. choroba Parkinsona.

Poważnym problemem jest też powiązanie między depresją a cukrzycą.  Hiperglikemia i jej powikłania odpowiadają w dużym stopniu za zachorowania i wzrost śmiertelności wśród cukrzyków. Obciążenia dotyczące osób zmagających się z cukrzycą, jej leczeniem, ograniczenia funkcjonowania społecznego powodują, że przebieg depresji u tych pacjentów jest gorszy. Nawroty choroby zdarzają się prawie co  roku. W przypadku cukrzycy typu 2 to właśnie depresja może powodować cukrzycę. W cukrzycy typu 1 – odwrotnie ok. 10–15 proc.  pacjentów  głównie dzieci i młodzieży,  po rozpoznaniuchoroby  ma często epizod depresji. W obu typach cukrzycy zmiany psychologiczni  fizjologiczne spowodowane chorobą mogą prowadzić do większego nasilenia się objawów depresji wydłużać  czas trwania choroby i wywoływać większą liczbę nawrotów – tłumaczy Iwona Siemaszko-Kowzan.

Depresja to choroba, która może dopaść każdego. Nie omija lekarzy, celebrytów, ludzi którym z pozoru nie brakuje niczego, którzy żyją w szczęśliwych związkach, którzy nie stracili tragicznie nikogo bliskiego. To choroba, która wciąż jest niedoceniana i która dotyka wszystkich nawet dzieci. Najnowsze badania prowadzone m.in. na Uniwersytecie Gdańskim pokazują, że  ok. 40 proc. dzieci w szkołach podstawowych „nie ma poczucia sensu życia”. Natomiast 30 proc. dzieci przyznaje się do myśli samobójczych. Naukowcy alarmują –  89 proc.  dzieci  z depresją ma myśli samobójcze, a 13 proc.  podjęło próbę samobójczą.  I te dramatyczne statystyki odnotowują coraz młodszy wiek pośród małoletnich chorujących na depresję.

Sandoz, oddział grupy Novartis

Ten wpis został opublikowany w kategorii Choroby cywilizacyjne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.